testtest
  • Strona główna
  • Podróże
    • Austria
    • Polska
    • Węgry
    • Portugalia
  • Samo życie
  • Dom i ogród
  • Teologia

sierpnia 16, 2020

Stephen King - Carrie

 


Carrie White jest inna niż jej rówieśnicy. Nie chodzi na prywatki, nie interesują się nią chłopcy, stanowi obiekt kpin i docinków. Matka - religijna fanatyczka - za wszelką cenę usiłuje uchronić ją przed grzechem. Pewnego razu Carrie się jednak buntuje i idzie na szkolny bal. Gdy tam pada ofiarą okrutnego żartu, rozpętuje się piekło... dziewczyna jest telekinetą o olbrzymiej mocy, której postanawia użyć, by zemścić się na prześladowcach. Ci, którzy ją dręczyli, gorzko tego pożałują.

Tytuł: Carrie  •  Autor: Stephen King  •  Liczba stron: 253
Wydawnictwo Prószyński i S-ka


        Zgodnie z zapowiedzią, wrzesień będzie miesiącem, który w głównej mierze spędzimy w towarzystwie Stephena Kinga, któremu już pod koniec miesiąca będzie obchodził 73 urodziny, a który w dalszym ciągu raczy nas nowymi tytułami. W tematycznym wrześniu, nie mogło więc zabraknąć doskonale wszystkim znanej Carrie - pierwszej powieści autora, która doczekała się aż trzech ekranizacji, a książka dorobiła się licznych wydań w różnych wydawnictwach.

        Carrie White to zaniedbana, bardzo nieśmiała i odtrącona przez rówieśników jak i społeczeństwo nastolatka. Jest typowym brzydkim kaczątkiem, które nie widzi dla siebie żadnej przyszłości. Wychowywana przez matkę, która jest religijną fanatyczką, w wieku 16 lat nie zna w ogóle swojego ciała, nie wie czym jest kobiecy cykl i nie potrafi normalnie funkcjonować wśród ludzi. Rówieśnicy wyśmiewają ją na każdym kroku, matka każe za wszelkie przewinienia, którymi są jakby nie patrzeć całkowicie normalne zachowania. Dziewczyna wraz z pojawieniem się pierwszej miesiączki odkrywa w sobie nasilone zdolności telekinetyczne. Stopniowe oswajanie się z nimi, wzbudza w niej wspomnienia z wieku dziecięcego, a jednocześnie doprowadza do momentu, w którym nabiera na tyle odwagi, by postawić się matce i spróbować wieść swoje życie tak, jak wiodą je inni ludzie. Nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że chęć zaznania odrobiny normalności w połączeniu z nietypowymi zdolnościami, może przynieść jeszcze więcej nieszczęścia niż to, którego zaznała do tej pory i że dotknie ono społeczeństwo małej miejscowości.

        Jak to bywa z książkami Kinga, nawet jeśli coś jest przewidywalne i wydaje się nie mieć tego efektu wow, to mają one w sobie coś takiego, że wciągają i budzą zainteresowanie związane z przebiegiem dalszych wydarzeń. Nie inaczej jest z Carrie, która jest pełna ciekawych postaci, które są doskonale przedstawione. Nie licząc przecież tylko głównej bohaterki, mamy również jej matkę, która jest uosobieniem zła i patologii, jakiej większość z nas nie widziała na oczy. Jej rówieśnicy? Sue, która wydaje się najsympatyczniejszą z grupki nastolatków mimo swoich przewinień oraz Tommy, którego również na swój sposób można polubić, to chyba dwie z tych postaci, które w krótkim czasie zdołały przejść pewnego rodzaju przemianę, dostrzegając w Carrie coś więcej niż te wspomniane brzydkie kaczątko, którym można pomiatać na każdym kroku. Nie brak również tych postaci, które, choć są poboczne, to mają spory udział w tym, jak toczą się poszczególne wydarzenia i jaki finał ma ta książka. Są nimi Chris i jej chłopak Billy. Dwie największe szumowiny, tuż po Margaret, które swoim istnieniem i pomysłami, przysporzyły Carrie, jak i całemu miasteczku niewyobrażalnych cierpień.

        Sporym plusem tej książki, w moim odczuciu jest to, że mamy okazję poznać tę historię z dwóch perspektyw — Carrie i Sue, która po kilku latach od wydarzeń, opowiada o tym, co się stało, gdy psychiatrzy oraz sąd próbują zrozumieć to, co dla każdej normalnej osoby wydaje się fanaberią i wytworem wyobraźni, a nie czymś, co mogłoby się wydarzyć naprawdę. Sposób, w jaki King opisuje zjawisko TK, również dodaje tej książce atrakcyjności i osobiście przyznam, że kiedy w gimnazjum wróciłam do tego tytułu, potem długie godziny potrafiłam spędzić nad czytaniem o telekinezie i tym podobnych zdolnościach, co pozwala mi stwierdzić, że autor potrafi wzbudzić w czytelniku zainteresowanie, które może wykroczyć dalej niż te 250 stron. Swoją drogą polecam zapoznać się z tematem, bo parapsychologia potrafi wciągnąć.

        Jeśli chodzi o minusy... Cóż, nie wyłapałam ich wiele. Właściwie to tylko jeden, a mianowicie dwa fragmenty, gdzie jedno zdanie ciągnęło się przez dwadzieścia, a nawet więcej linijek. Rozumiem, że autor w tamtych fragmentach postanowił zamieścić jak najwięcej informacji, ale myślę, że spokojnie można to było rozbić na kilka krótszych zdań, dzięki którym nie musiałabym ich czytać dwa, a nawet trzy razy, by pojąć w pełni ich sens.

        Nie sądzę, by Carrie można było nazwać typowym horrorem, którego celem jest przestraszenie czytelnika i doprowadzenie do chwil, w których wszystkie włoski stają dęba a cisza w otoczeniu wydaje się złowroga. Nie mogę też powiedzieć, że jest to najlepsza z książek Kinga, ale to chyba nie będzie żadnym zaskoczeniem, skoro nawet sam autor przyznał, że jest to najgorsza powieść, którą stworzył i spisał ją na straty, a możliwość zapoznania się z losami tej biednej dziewczyny, mamy przede wszystkim dzięki żonie autora. Niemniej, darzę ten tytuł sporym sentymentem, głównie przez to, że była to jedna z tych książek, które za dziecka podkradałam z domowej biblioteczki, czytając je po kryjomu, żeby rodzice nie zauważyli, że ich pociecha ma w poważaniu swoją własną półkę pełną książek Disneya i Pottera.

Czytaj więcej »
on sierpnia 16, 2020 0
Podziel się!

sierpnia 16, 2020

Magdalena Stachera - Bez zobowiązań


Katarzyna i Krzysztof są małżeństwem od dziesięciu lat, wspólnie wychowują córkę. Są świetnymi partnerami, ale ona czuje, że mąż nie zwraca na nią najmniejszej uwagi, tym bardziej że – jak na rasowego informatyka przystało – wpatrzony jest przede wszystkim w ekran komputera. Katarzyna postanawia znaleźć lekarstwo na wszechobecną nudę i zapisuje się na zajęcia z tańca towarzyskiego. Mimo że nowo poznany partner taneczny rażąco odbiega od ideału mężczyzny, znajomość z nim pomaga Katarzynie spełnić pragnienia o byciu jednocześnie adorowaną i dominującą. Odzyskana pewność siebie skutkuje nie tylko zmianami w wyglądzie, ale i niespodziewanym awansem, ten z kolei otwiera przed Katarzyną nowe możliwości, i to nie tylko zawodowe… Kolejne znajomości stają się dla niej doświadczeniami na polu własnej seksualności, władczości i moralności. Gdzieś z tyłu wciąż powraca pytanie: co z małżeństwem? Odważna historia opowiedziana z bardzo kobiecej perspektywy plus zaskakujący finał to przepis na udaną lekturę. 

Tytuł: Bez zobowiązań  •  Autor: Magdalena Stachera  •  Strony: 384
Wydawnictwo Lipstick Books
        Od pewnego czasu skrupulatnie poszukuję nowości; książek, o których do tej pory nie słyszałam, które cieszą się różnorakimi opiniami - niekoniecznie tylko pozytywnymi - i którymi mogłabym zainteresować się również ja. Staram się nie zamykać na jeden gatunek tak, jak robiłam to jeszcze przed kilkoma laty, kiedy istniały dla mnie tylko kolejne twory o wampirach. Jednocześnie jednak zastanawiam się, dlaczego w zasadzie to sobie robię? Dlaczego wciąż katuję się książkami, które już po samym opisie sugerują, że zabawa będzie co najmniej średnia? Czy moje podejrzenia okazały się słuszne? Jak spędziłam czas? Jestem marudą czy po prostu dojrzewam do roli zaprawionego w boju czytelnika? Przekonajmy się! Dziś zapraszam Was na recenzję powieści Magdaleny Stachery ,,Bez zobowiązań, którą otrzymałam od Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl (PS. Serdecznie polecam portal, jeżeli - tak samo jak ja - szukacie najświeższych nowości z książkowego rynku).

        Nie będę owijać w bawełnę - już kilka pierwszych stron sprawiło, że moja fascynacja tą historią została skutecznie ugaszona. O ile pod względem językowym nie mogłabym się w żaden sposób do kogokolwiek przyczepić - ciekawie skonstruowana narracja, dużo dialogów, brak rażących w oczy błędów stylistycznych - o tyle cała reszta była niczym równia pochyła. 

        Od samego początku podejmowałam próby postawienia się na miejscu głównej bohaterki. Średnio satysfakcjonujące życie zawodowe, jeszcze mniej szczęśliwa codzienność rodzinna - mąż wpatrzony w ekran komputera, córka wchodząca w fazę pierwszego poważnego buntu, nieustannie roszcząca sobie prawo do pretensji matka. To wszystko niewątpliwie znacząco wpłynęło na to, jak Katarzyna postrzegała nie tylko swoje życie, ale również i samą siebie. Rutyna, jaka wkrada się do związków, bywa zabójcza, dlatego nie winiłam naszej bohaterki za to, że postanowiła urozmaicić sobie czas. Chociaż w społeczeństwie kwestia zdrady jest mocno kontrowersyjna, to jednak wiedziałam, że nie miałabym nic przeciwko, gdyby ona zdecydowała się na skok w bok. Nie od dziś wiadomo, że zdradzający mężczyzna teoretycznie zasługuje na potępienie, jednak w praktyce istnieje cała lista wymówek, którymi można go usprawiedliwić; w przypadku kobiet pozwalających sobie na tego typu ,,szaleństwo'' ocena jest dużo surowsza, zaś łatka dziwki zostaje przypisana bardzo szybko i nieodwracalnie. Nie twierdzę, że zdrada to rozwiązanie problemów, ale jednocześnie jestem w stanie zrozumieć jej powody - szczególnie w historii naszej bohaterki. 

        Nie do końca rozumiałam motywy, jakimi kierowała się przy wyborze mężczyzn, z którymi wdawała się w mniej lub bardziej poważne relacje. Zdecydowanie najbardziej bolało mnie poświęcenie tak ogromnej ilości czasu pierwszemu z kochanków, który - na nieszczęście czytelnika - zachowywał się jak wielkie, rozkapryszone dziecko, na które główna bohaterka z przyczyn znanych jedynie sobie straciła sporo czasu. Jeżeli miałabym za coś pochwalić autorkę pod kątem kreowania bohaterów, to niewątpliwie byłaby to skrupulatność, z jaką nadawała im cechy irytujące, a może wręcz zniechęcające do dalszego czytania i zapoznawania się z ich losami.

        Książka - według mnie - jest po prostu o niczym. Wiele scen było zwyczajnie zbędnych i jawiły się w moich oczach jako zwyczajny zapychacz czasu i objętości. Nienawidzę tego zabiegu. Wolę dostać książkę krótszą, ale taką, która niesie ze sobą jakieś przesłanie; głębszą myśl, nawet jeżeli jest zwyczajną obyczajówką. I chociaż motyw kobiety szukającej swojego miejsca w dotychczas poukładanym, pozornie idealnym świecie jest czymś naprawdę intrygującym, o tyle sposób przedstawienia tego w powieści pozostawia wiele do życzenia. Rozwleczone sytuacje, wiele niepotrzebnych wątków i wstawek i usilna próba pokazania, jak silną, niezależną i fantastyczną babeczką jest Katarzyna. W pewnym momencie zwyczajnie przestałam jej współczuć, bo nie byłam w stanie znieść jej dylematów, głupich intryg i zachowań, które nijak pasowały do kobiety w jej wieku. 

        Jeżeli lubicie spędzać czas nad stronami prowadzącymi donikąd to niewątpliwie powieść Magdaleny Stachery jest jak najbardziej dla Was. Jeżeli jednak preferujcie wartką akcję i mniejszą ilość irytujących bohaterów - nie polecam. 
Czytaj więcej »
on sierpnia 16, 2020 0
Podziel się!

sierpnia 16, 2020

Monica James - Bad Saint


„Bad Saint”, pierwszy tom trylogii Moniki James, uzależnia i przyspiesza bicie serca. Mroczna sieć zależności między ofiarą a porywaczem została utkana z wyjątkowym wyrafinowaniem. Dla miłośniczek bad boyów, mrocznych romansów i zaskakujących zwrotów akcji.
Nosi imię, które oznacza świętość, ale przynosi tylko piekło.
Ktoś brutalnie przerywa miesiąc miodowy Willow. Związana i zakneblowana zostaje uprowadzona w nieznanym kierunku. Jej porywacz ma jasny cel, ale też jest w nim coś fascynującego. Willow nie potrafi znaleźć sensu swoich emocji. To, co rozgrywa się między nimi, balansuje na granicy bólu i przyjemności, piekła i nieba. 

Tytuł: Bad Saint •  Autor: Monica James  •  Strony: 400
Wydawnictwo Kobiece
        W ostatnim czasie często przewijały mi się posty dotyczące Bad Saint. Kiedy więc wpadł mi w oko na Legimi, nie mogłam przejść obok niego obojętnie i trafił na półkę, bym mogła spędzić dwa dni na kilkugodzinnej lekturze.

        Cała historia kręci się wokół Willow i tytułowego Saint'a. Ona wychowana w katolickiej rodzinie, po sześciotygodniowej znajomości decyduje się wziąć ślub z mężczyzną, którego pokochała i z którym wiązała swoją przyszłość. Nie przypuszczała, że początek jej miesiąca miodowego będzie również początkiem piekła, do którego trafi. Porwana, uprowadzona na jacht z którego nie było ucieczki, zdana na łaskę i niełaskę trzech oprychów, największym zaufaniem obdarzyła jednego z nich. Saint, dupek z krwi i kości, dowodzący całą akcją, początkowo trzyma kobietę na dystans i skupia się na wykonaniu zlecenia. Z biegiem czasu, relacja pomiędzy tą dwójką, staje się coraz bardziej napięta. Willow chce odzyskać wolność, zaś Saint w dowiezieniu jej do swojego szefa, którym jest rosyjski mafiozo, ma inny cel, o którym nie chce jej informować. Wszystko zaczyna się zmieniać, gdy między tą dwójką rodzi się chemia, a podróż na drugi koniec świata, zostaje przerwana przez niespodziewane wydarzenia. 

        Początkowo niesamowicie irytowała mnie główna bohaterka. Miałam wrażenie, że to jedna z tych naiwnych dziewczyn, które wszystko widzą tak jak im wygodnie. Ślepo zapatrzona w swojego męża, którego znała zaledwie sześć tygodni, od samego początku była ukierunkowana na to, że ten postanowi ją uratować. Momentami pozwalała sobie na naprawdę kretyńskie zachowania. Rozumiem, że bycie uprowadzoną, było dla niej koszmarem, ale próba ucieczki przez niewielkie okno w łazience, kiedy za jej drzwiami stał napakowany facet, mogący wyważyć je jednym kopnięciem? Chęć płynięcia wpław na otwartym oceanie? 
Desperacja, jasne. Trzeba próbować wszystkiego, ale chyba nikt o zdrowych zmysłach, nie pokusiłby się o takie kroki, kiedy nie otacza go nic poza bezkresem oceanu, a w pobliżu nie ma innych statków, na których można by szukać pomocy. Minusów dotyczących Willow mogłam się doszukiwać mniej więcej do połowy książki. Nie była ona typem bohaterki, którą mogłabym od tak polubić i chwilami naprawdę zastanawiałam się, czy nie odstawić tego tytułu na bok i nie wrócić do niego w przyszłości. 
Nie zrobiłam tego, bo w przeciwieństwie do Willow, Saint z miejsca przypadł mi do gustu. Umówmy się, uwielbiam dupków, którzy pod maską najgorszego frajera i złoczyńcy skrywają coś lepszego. Taką postacią jest Saint. Nie spodziewałam się przy tym, że wielokrotnie mnie zaskoczy i to naprawdę pozytywnie.

        W książce były momenty, w których zadawałam sobie jedno pytanie "co?". I wcale nie chodziło o to, że coś mi nie pasowało. Autorka postarała się o to, by zaskoczyć czytelnika historią mężczyzny, która stopniowo rodzi niezliczoną ilość pytań, na jakie wraz z kolejnymi stronami dostajemy odpowiedzi, których chyba mało kto się spodziewa. I chociaż jak to bywa w tego typu książkach, zakończenie wydaje się być przewidywalne, to i ono zaskoczyło. Zaskoczyło i pozostawiło spory niedosyt, bo nie wiem jak wy, ale ja nienawidzę, gdy książka kończy się jakąś akcją i czytelnik musi czekać na wydanie kolejnego tomu, by poznać losy bohaterów, z którymi zdążył się zżyć i z którymi przeżywał wszystkie dramaty i lepsze chwile. Jednocześnie wiem, że kolejny na pewno trafi w moje ręce.

        Podsumowując, całość oceniam bardzo dobrze. Książka wciąga, bohaterzy są doskonale przedstawieni. Można dostrzec zachodzące w nich stopniowo zmiany, które mają olbrzymi wpływ na to, jak toczy się cała historia. Autorka wykonała kawał dobrej roboty i szczerze liczę na to, że kolejny tytuł tej serii, będzie utrzymany na takim samym poziomie, wzbudzając różnorakie emocje, zainteresowanie oraz satysfakcję związaną z tym, że czas spędzony na czytaniu, nie był zmarnowany.
Czytaj więcej »
on sierpnia 16, 2020 0
Podziel się!

sierpnia 16, 2020

Bruce Dickinson - Do czego służy ten przycisk? Autobiografia.


Książka, na którą czekali absolutnie wszyscy fani! Wyjątkowe wspomnienia wokalisty legendarnego Iron Maiden. Oto prawdziwy Bruce Dickinson – ikona rocka!

Długo wyczekiwane wspomnienia wokalisty Iron Maiden – jednego z najbardziej rozpoznawalnych i wpływowych zespołów metalowych wszech czasów.

Iron Maiden to pionierzy rodzącej się w latach 70. XX wieku sceny rockowo-metalowej, na której wciąż święcą triumfy. Ich obdarzony niezwykłym głosem frontman był i nadal pozostaje człowiekiem legendą.

Co ciekawe, Bruce Dickinson wiedzie bardzo bogate życie poza zespołem. Jest kapitanem samolotu, przedsiębiorcą awiacyjnym, mówcą motywacyjnym, browarnikiem, powieściopisarzem, twórcą scenariuszy filmowych i światowej klasy szermierzem. Istny człowiek renesansu.

Bruce Dickinson opowiada o swoim życiu z pasją i humorem. Przeczytacie o zwariowanych 30 latach z Iron Maiden, błyskotliwej karierze solowej, dzieciństwie spędzonym w brytyjskiej szkole, o pierwszych zespołach, ojcostwie, rodzinie oraz niedawnej walce z nowotworem. Odważne i szczere wspomnienia pozwalają przyjrzeć się z bliska autorowi Run to the Hills, 2 Minutes to Midnight, Powerslave i innych nieśmiertelnych hitów.

Bruce Dickinson przez ponad trzydzieści lat był wiodącym wokalistą Iron Maiden. Odniósł również sukces w karierze solowej. Zespół sprzedał ponad 90 milionów płyt i zagrał 2000 koncertów na całym świecie, czyniąc każdy z nich niezapomnianym muzycznym spektaklem. Bruce Dickinson mieszka w Londynie. 

Tytuł: Do czego służy ten przycisk? Autobiografia...  •  Autor: Bruce Dickinson  •  Strony: 368
Wydawnictwo SQN
        Kiedy muzyka towarzyszy człowiekowi każdego dnia, a spora część brzmień płynących w głośnikach to heavy metal, ciężko jest przejść obojętnie obok tych biograficznych książek, które wychodzą spod pióra ulubionych wokalistów. Biografia Bruce'a Dickinsona, wydana pod koniec 2017 roku, musiała prędzej czy później trafić do mnie w papierowej wersji. Tym sposobem w trakcie jednych zakupów, wykorzystałam okazję, że była dostępna w internetowej księgarni do tego, by ją nabyć i przeczytać tych blisko czterysta stron w przeciągu trzech dni, zagłębiając się w historię związaną z życiem wokalisty, który określany jest mianem „Ludzkiej Syreny Alarmowej”, za sprawą swojego niesamowitego głosu.

        „Do czego służy ten przycisk? Autobiografia.” to świetna książka, dzięki której możemy zapoznać się z życiem wokalisty znanego na całym świecie zespołu Iron Maiden. Jak w większości książek tego typu, również w tej, autor zaczyna od opowiedzenia nam o swoim dzieciństwie i latach szkolnych, które wbrew pozorom nie są nudnymi opowieściami o nauce czy czasie spędzanym z rodziną, który nie wiele osób mógłby zainteresować. Dickinson temu wczesnemu etapowi swojego życia, poprzedzającego karierę muzyczną, poświęcił sporą ilość stron, które należą do jednych z najbardziej interesujących momentów z całej biografii. Czas ten różnił się od tego, co większość z nas doskonale zna z własnego doświadczenia i pozwala czytelnikowi zapoznać się z tym, skąd wzięły się jego poszczególne zainteresowania, których wierzcie mi, ma naprawdę sporo. O tym jednak można się przekonać, zagłębiając się w jego dalsze wspomnienia. Wraz z kolejnymi stronami, dowiadujemy się, o Dickinsonie coraz więcej. Dla zagorzałych fanów większość z tych informacji, pewnie nie jest żadną nowością, jednak dla osób, które nie miały dotąd okazji zagłębiać się w historię zespołu i życie jego poszczególnych członków i ograniczyły się jedyne do odsłuchiwania utworów zespołu, kolejne informacje, z pewnością okażą się czymś ciekawym, z czym naprawdę warto się zapoznać.

        Prawdę mówiąc, w mgnieniu oka opowieści o tym, co działo się przed wejściem na muzyczną drogę, dobiegają końca. Szybko dostajemy te istotniejsze informacje, które mówią o pierwszych zespołach, do których trafiał wokalista. O pierwszych nabytych sprzętach potrzebnych do tego, by nagrać utwory, co w tamtych czasach stanowiło spore wyzwanie, zważywszy na to, że technologia nie była tak rozwinięta, jak ma to miejsce obecnie. Nie brak również wspominek o zespołach, które stały się inspiracją, jak i tych, dotyczących nawiązywania nowych znajomości z ludźmi z branży muzycznej.

        Niektóre z rozdziałów są poświęcone kwestiom w żaden sposób niezwiązanym z zespołem i karierą muzyczną, choć naprawdę fajną sprawą jest otrzymanie odpowiedzi na to, czemu w ogóle Bruce Dickinson zaczął śpiewać i wybrał taką, a nie inną życiową drogę. W „Do czego służy ten przycisk? Autobiografia” dostajemy sporą dawkę ciekawych wspomnień dotyczących szermierki, która jest jedną z pasji Bruce'a Dickinsona. W innych możemy poczytać o tym, jak dążył do uzyskania licencji pilota, dzięki którym mógł rozpocząć pracę w liniach lotniczych, kursując między różnymi kontynentami i dlaczego się na to zdecydował. Nie brak również wzmianki o pisaniu książek, czy scenariuszy filmowych. Bo oczywiście autor, to nie tylko wokalista heavy metalowego zespołu i pilot lotniczy. Jest on wszechstronnie uzdolniony i nie ma problemu z tym, by wykorzystywać swój talent na każdej możliwej płaszczyźnie.

        Najciekawszymi moim zdaniem momentami z całej książki, są jednak te, które skupiają się na wspomnieniach z pobytu w Sarajewie, czy Nowym Jorku w dniu zamachów, które miały miejsce 11 września. Otrzymujemy opis sporej dawki wspomnień, z tych dwóch miejsc, a co za tym idzie ciężko jest się oderwać od lektury. Ponadto, autor opowiada również o chwili, w której dowiedział się o ciężkiej chorobie i sporą ilość stron poświęca temu, by przedstawić czytelnikowi czas, w którym zmagał się z chorobą, dążąc do jej pokonania, co kosztowało go wiele, podobnie jak i bliskie mu osoby.

        Podsumowując, Dickinson wykonał kawał dobrej roboty, pisząc tę książkę i zamieszczając w niej sporą ilość opisów, które w sporym stopniu pobudzają wyobraźnię i pozwalają wizualizować sobie w głowie poszczególne miejsca i sytuacje, co od samego początku nadaje tej książce charakteru, który w połączeniu ze świetnym, aczkolwiek luźnym stylem pisarskim, tworzy całość, którą czyta się szybko i naprawdę przyjemnie. 

        Sięgając po autobiografię, czytelnik może liczyć się z tym, że znajdzie tam sporą ilość różnego rodzaju ciekawostek, anegdotek i zabawnych komentarzy w Brytyjskim stylu, dotyczących różnych sytuacji. Co ważne widać, że autor ma spory dystans do samego siebie, ale również tego, z czym się spotykał na przestrzeni całego swojego dotychczasowego życia. Osobiście spodobało mi się to, że w książce zabrakło miejsca dla wywlekania spraw związanych z małżeństwami, rozwodami, czy innymi kwestiami, które jednak są prywatnymi sprawami, jakie nie powinny być wywlekane publicznie. 

        Chciałam przeczytać książkę mówiącą o karierze muzycznej i ciekawszymi wydarzeniami, w jakich Dickinson brał udział i taką też otrzymałam. A każdemu, kto ma ochotę na spędzenie czasu nad ciekawą, świetnie napisaną biografią, mogę z czystym sumieniem polecić ten tytuł, nawet jeśli nie gustuje w tym konkretnym gatunku muzyczny.



Czytaj więcej »
on sierpnia 16, 2020 0
Podziel się!

sierpnia 16, 2020

SIERPIEŃ Z DC: Gotham

     

          To musiało się stać. ,,Gotham'' musiało znaleźć swoje miejsce na tym blogu i oto jesteśmy tutaj - w miesiącu całkowicie poświęconemu uniwersum DC. Nie mogłam się tej recenzji doczekać, bo brany dziś na tapet serial to jeden z moich ulubieńców. Poprzedni rok pod względem zakończonych produkcji był dla mnie ciężki - najpierw ,,Gotham'', potem niekoniecznie chlubne zamknięcie historii w ,,Grze o Tron''. Powrót do tego bardziej znośnego zakończenia był więc swego rodzaju przyjemnością.

          Zacznijmy jednak od początku, a więc od zabójstwa Marthy i Thomasa Wayne'ów. To właśnie tutaj rozpoczyna się akcja całego serialu, kiedy młody, ambitny pracownik miejscowej policji, Jim Gordon, otacza opieką osieroconego chłopaka - przyszłego Batmana. Świadomość, że Bruce w przyszłości stanie się głównym obrońcą rodzinnego miasta, wcale nie zakłóca odbioru tej historii. Przeciwnie - ukazanie wydarzeń przed ,,pojawieniem się człowieka-nietoperza'' to idealna okazja do zrozumienia pewnych procesów, przeprowadzenia analiz i zastanowienia się nad tym, jak ogromny wpływ poszczególne sytuacje miały na ukształtowanie się Batmana. Prawdziwa gratka dla fanów, co?

          W pierwszej kolejności w oczy rzuca się kontrast, jaki istnieje między oddanym sprawie Jim'em a jego kolegami po fachu. W Gotham nikt nie jest niewinny - nawet gliniarze. To właśnie w tym mieście policjanci są na ty z członkami gangów, zaś układy z mafią sprawiają, że poszczególne śledztwa istnieją tylko w teorii. Wymiar sprawiedliwości jest zepsuty, zaś Jim Gordon - niepoprawny idealista - jako jedyny wierzy w możliwość odbudowania miasta. Między innymi dlatego postać młodego Gordona wybija się na pierwszy plan. Wiele osób zarzuca odtwórcy tej roli - Benowi Mackenzie'mu - że pierwsze odcinki upłynęły pod wpływem drętwej gry aktorskiej. Szczerze? Ja uważam, że cała postać Jima jest po prostu drętwa, ale twórcom dokładnie o to chodziło! Ja się jego dystansem, niezrozumieniem pewnych sytuacji i zmieszaniem zwyczajnie cieszyłam. Może nie jestem pod względem aktorskiego warsztatu zbyt wymagająca, ale.. Jim to jedna z moich ulubionych postaci, szczególnie w późniejszych sezonach, kiedy nawet on musi postawić na szale swoje morale, niebezpiecznie lawirując na granicy prawa i bezprawia - (prawie) zawsze jednak dla wyższego dobra.

          Dobór aktorów wypadł tutaj nadzwyczaj dobrze - zarówno w przypadku starszych, jak i młodszych bohaterów. Chyba nie było postaci, która by mnie do siebie nie przekonała. Na szczególną uwagę niewątpliwie zasługuje jednak Robin Taylor - nie wiem, czy byłabym w stanie wyobrazić sobie lepszego Pingwina niż ten, którego wykreował on. W tej postaci grało mi wszystko - niespecjalnie brutalny, ale cholernie inteligentny, potrafiący się przyczaić, nawet jeżeli czasami działał zbyt impulsywnie. Jego humor trafił do mnie jak nic nigdy w żadnym serialu, zaś swego rodzaju patologiczny urok sprawiał, że czasami kibicowałam właśnie jemu. Dostaliśmy tutaj również ciekawego Człowieka Zagadkę, prawdopodobnie jednego z lepszych Alfredów w historii filmów DC oraz młodego Bruce'a, a także - wisienka na torcie - Jeremiah/Jerome Valeska. Szczególne miejsce w moim sercu ma również Anthony Carrigan, a więc Victor Zsasz. 

          Fabuła bardzo przyzwoicie przeplatała wątki typowo mafijnych przestępstw i zdarzenia związane z obdarzonymi nadnaturalnymi mocami przeciwnikami. Tego typu balans sprawiał, że podczas seansu widz się nie nudził, bo na ekranie nie panowała monotonia. Nie zabrakło głupich scen, uproszczeń, czasami momentów, w których łapałam się za głowę i byłam gotowa zrezygnować, ale.. nie czułam się na siłach, by to zrobić. Nie jestem zwolenniczką produkcji, które posiadają większą ilość sezonów. Dla mnie liczbą optymalną są 3 serie, zaś 5 to takie totalne maksimum, by serial zakończył się względnie dobrze. Tutaj nie brakło ani luk, ani głupich motywów, ani tym bardziej bezmyślnych działań, jednak niewątpliwie była to konsekwencja natłoku bohaterów, których przewinęło się przez serial naprawdę sporo. 

          Twórcy serialu mieszają absurd z powagą, współczesność ze stylem retro, znaną historię Batmana z czymś świeżym, co pozwala spojrzeć na tę postać z dużo szerszej perspektywy. Osobiście uważam to za zabieg bardzo udany. Wracam do ,,Gotham'' niesamowicie chętnie, nawet jeżeli jest ono podręcznikowym przykładem miasta bezprawia. 


Czytaj więcej »
on sierpnia 16, 2020 0
Podziel się!

sierpnia 16, 2020

Cassandra Clare - Władca Cieni


Czy oddałbyś bratnią duszę… za swoją prawdziwą duszę?
Życie Nocnego Łowcy to życie w pętach powinności. W więzach honoru. Świat Nocnego Łowcy to świat uroczystych przysiąg, a nie ma ślubów świętszych niż te łączące parabatai – wojowników-partnerów, którzy mają razem walczyć i razem ginąć, lecz nigdy, przenigdy nie wolno im się zakochać.
Emma Carstairs odkryła, że miłość odwzajemniona przez jej parabatai, Juliana Blackthorna, jest nie tylko zakazana, lecz także śmiertelnie niebezpieczna: może zniszczyć ich oboje. Wie, że powinna uciec od Juliana, lecz jakże miałaby to zrobić, gdy Blackthornom ze wszystkich stron zagrażają wrogowie?
Ich jedyną nadzieją jest Czarna Księga Umarłych, magiczny wolumin o ogromnej mocy. Wszyscy chcą ją dostać, ale tylko Blackthornowie są w stanie ją odnaleźć. Emma, jej najlepsza przyjaciółka Cristina oraz Mark i Julian Blackthornowie przybywają do Faerie – gdzie hulaszcze zabawy skrywają krwawe zagrożenie i żadnej obietnicy nie można ufać – by tam zawrzeć mroczny pakt z królową Jasnego Dworu. Tymczasem narastające napięcie między Nocnymi Łowcami i Podziemnymi doprowadziło do wyłonienia Kohorty, grupy ekstremistów wśród Nocnych Łowców, którzy domagają się wprowadzenia obowiązku rejestracji Podziemnych i „niewygodnych” Nefilim. Zrobią wszystko, co w ich mocy, by ujawnić tajemnice Juliana i przejąć władzę nad Instytutem w Los Angeles.
Kiedy Podziemni zwracają się przeciw Clave, pojawia się nowa groźba w postaci Władcy Cieni – króla Ciemnego Dworu, który wysyła swoich najlepszych wojowników z zadaniem wymordowania wszystkich, w których żyłach płynie krew Blackthornów, i przechwycenia Czarnej Księgi. Gdy mordercza pętla zaciska się wokół Juliana, ten opracowuje ryzykowny plan ratunkowy. Jego powodzenie zależy od współpracy z nieprzewidywalnym nieprzyjacielem. Sukces może jednak mieć swoją cenę, której ani on, ani Emma nawet sobie nie wyobrażają; krwawy rachunek, który – być może – przyjdzie zapłacić wszystkim, których kochają. 

Tytuł: Władca Cieni •  Autor: Cassandra Clare  •  Strony: 848
Wydawnictwo MAG
        Nie macie pojęcia, jak długo czekałam na drugą część z serii Mrocznych Intryg. Moje uczucia po lekturze pierwszego tomu tworzyły tak niesamowity chaos, że zapanowanie nad nim było możliwe jedynie dzięki poznaniu dalszych losów bohaterów ze świata Nocnych Łowców. Niestety - oczekiwanie na Władcę Cieni nieco ostudziło mój entuzjazm, dlatego też kiedy tylko dopadłam książkę w sklepie i wróciłam do domu z zamiarem pogrążenia się w lekturze, dość szybko uświadomiłam sobie, że nie pamiętam za wiele z tego, co działo się w Pani Noc. W efekcie wszystkiego byłam zmuszona odłożyć na bok coś, na co czekałam tak niesamowicie długo, na rzecz przypomnienia sobie tego, co miało miejsce w pierwszej części cyklu Cassandry Clare. Na szczęście od czasów dorwania w ręce Darów Anioła jestem bezapelacyjnie zakochana w tej konkretnej serii, toteż po raz kolejny pochłonęłam sporych rozmiarów tomisko w zaledwie kilka dni. Nie inaczej było z drugą częścią, od której nie mogłam się oderwać, nawet jeżeli nie wszystko było idealne. 

        Wydarzenia po raz kolejny zostały umiejscowione w rodzinnym mieście rodziny Blackthornów. Naszych ulubionych bohaterów ponownie spotykamy już na pierwszych stronach, gdzie na miejscowym molo toczą zaciętą walkę z morskim potworem - jednym z wielu, które pojawiły się w okolicy tuż po tym, jak w odmętach oceanu zniknęło ciało Malcolma Fade'a. To właśnie te niepokojące wydarzenia doprowadziły do pojawienia się w Instytucie oddziału Centurionów, których głównym zadaniem było rozprawienie się z niebezpiecznymi istotami oraz odnalezienie zwłok niebezpiecznego czarownika, który zajmował się nekromancją. Wprowadzanie tak wielu postaci na raz nigdy nie należało do grona moich ulubionych zabiegów, zaś w tym konkretnym przypadku autorka naprawdę zaszalała. Zwłaszcza, gdy jednym z przybyłych do Los Angeles gości okazała się być Zara Dearborn, jak się potem okazało, narzeczona Idealnego Diego, co po raz kolejny wprowadziło spore zamieszanie do jego kiełkującej na nowo relacji z Cristiną. Na domiar złego wśród Nocnych Łowców uformowało się zgrupowanie promujące rejestrację wszystkich Podziemnych. Kolejnym problemem okazało się być również oskarżenie Kierana o morderstwo, o czym nasi bohaterowie zostają poinformowani przez wodza Dzikiego Polowania, który od samego początku wykazuje zainteresowanie Dianą. Nocni Łowcy, na czele z Julianem i Emmą, wyruszają zatem do niebezpiecznego świata faerie, skąd zamierzają uwolnić księcia. Na miejscu odkrywają jednak tajemniczą plagę, która wypala poszczególne fragmenty rozległych dolin, jednocześnie sprawiając, że magia Nocnych Łowców nie działa tam wcale. Naciski ze strony Ciemnego oraz Jasnego Dworcu doprowadzają młodych wojowników do momentu, w którym decydują się oni zaangażować się w najważniejszą rozgrywkę toczącą się w książce - pogoń za Czarną Księgą. 

        Kontynuacja wydarzeń z poprzedniego tomu pozwala nam na nieco bliższe poznanie postaci Kita, który nie jest do końca przekonany o tym, czy aby na pewno powinien pozostać w Instytucie i podjąć się szkolenia na Nocnego Łowcę. Podejmuje nawet próbę ucieczki, jednak rozwijająca się relacja między nim, Ty'em a Livvy jasno pokazuje, że to właśnie bliźniaki stają się osobami bliskimi chłopięcemu sercu, które coraz chętniej rwie się do pomocy oraz wpadania w kłopoty. Mamy również do czynienia z Gwynem, wodzem Dzikiego Polowania, który wyraża coraz większe zainteresowanie Dianą. Dostajemy nieco szerszy obraz Kierana, ale także życia w świecie faerie, ich polityki oraz historii miłosnej Malcolma oraz łowczyni z rodu Blackthornów. Wszystko to powinno układać się w jedną, sensowną całość, jednak podczas czytania nieustannie miałam wrażenie, że czegoś brakowało - jednego, konkretnego bum, które sprawiłoby, że kolejne strony śledziłabym z zapartym tchem tak, jak miało to miejsce w przypadku poprzedniej części. 

        Niestety - zamiast tego otrzymaliśmy masę nowych bohaterów, którym nie możemy przyjrzeć się z bliska z powodu dynamicznego rozwoju wydarzeń. Wiemy, że istnieje organizacja, o której bohaterowie nie boją się mówić jak o faszystowskiej. Niewątpliwie tego typu wątek mógłby się okazać strzałem w samo sedno, gdyby nie to, że w tym czasie Nocni Łowcy spotykają na swojej drodze tak wiele niebezpieczeństw i problemów, wobec których powinni byli się jednoczyć, nie zaś tworzyć między sobą małe podgrupki, z których najsilniejsza była gotowa doprowadzić do wybuchu kolejnej wojny między rasami. Niewiele wiemy również o samej Czarnej Księdze, która jest obiektem pożądanym przez władców faerie, co w jakimś stopniu spycha wątek jej poszukiwań na dalszy plan. Ogromnym zaskoczeniem była dla mnie również tajemnica skrywana przez Dianę, której kobieta strzegła przez tak długi okres czasu, a która dla mnie okazała się być czymś.. zupełnie niepotrzebnym. Nie w świecie Nocnych Łowców. Odniosłam wrażenie, że Clare chciała mocno zszokować czytelników i owszem - udało się to - ale mam wrażenie, że poszło to w zupełnie odmiennym kierunku od tego spodziewanego, w efekcie czego sama czułam zwyczajne zniesmaczenie. 

        Dobrze uwypuklone zostały jednak relacje między bohaterami - przynajmniej częściowo. Zaszyci w dawnym domku Malcolma Emma oraz Julian musieli nieustannie walczyć z uczuciami, jakie względem siebie żywili. Podejmowane próby osłabienia ich magicznej więzi okazały się być jednak niewystarczające, dlatego też po raz kolejny pozwalali sobie oni na chwile słabości. I chociaż osobiście mam słabość do tego typu wątków - zakazana miłość skrywana przed światem, bo kto tego nie kupuje? - to jednak po lekturze miałam naprawdę spory niedosyt, którego wyjaśnić nie potrafię, ale który nadal istnieje. Z jednej strony lubię tego typu dramaty, zaś z drugiej chyba dużo lepiej poczułabym się, gdybym w końcu mogła poczytać o tym, jak kochankowie wyznają prawdę swoim najbliższym. Zamiast tego otrzymujemy niepotrzebne budowanie napięcia, tak, jak miało to miejsce chociażby w przypadku informacji o tym, że to Julian, nie zaś wuj Arthur, przez długie lata zajmował się prowadzeniem Instytutu. 

        Dużo bardziej podobały mi się zatem sceny, w których występowali Kit, Ty oraz Livvy. Widać było, że ta trójka dobrze się ze sobą czuła, nawet jeżeli były to indywidualności całkowicie się od siebie różniące. Po raz kolejny rozczarowała mnie jednak postać Dru, na którą autorka chyba nie do końca ma jakikolwiek pomysł, ale niestety - takie właśnie są efekty prowadzenia kilkunastu bohaterów. Ktoś zawsze musi być poszkodowany.

        Poszkodowana, według mnie, była zatem również Anabelle, po pojawieniu się której spodziewałam się zdecydowanie czegoś więcej. Wątek całkowicie mnie rozczarował, szczególnie, że to właśnie porozumienie się z przywróconą do życia łowczynią było jednym z głównych celów naszych bohaterów. Ulotne wykorzystanie jednego z młodszych członków rodziny było zabiegiem ciekawym, ale nie na tyle, bym nabrała do tej postaci jakiejkolwiek sympatii, zwłaszcza po wydarzeniach z ostatnich stron, kiedy to musieliśmy pożegnać jednego z Blackthornów. To niewątpliwie mogłoby być zaskoczeniem, nawet jeżeli dookoła panował całkowity chaos, którego pojawienie się niewiele miało wspólnego z logiką, jednak wybór ofiary, do której nawet ja nabrałam nieco większej przekonania, był ciosem prosto w serce. 

        Książka zła sama w sobie nie była, nawet jeżeli niektóre dialogi czy wyrażenia pozostawiały sporo do życzenia, w efekcie czego niektóre linijki tekstu musiałam śledzić wielokrotnie, aby zrozumieć, co dokładnie się działo. Nie przepadam za nieustannym skakaniem po miejscach, dlatego też lawirowanie między domkiem Malcolma, Londynem a krainą Nocnych Łowców było dla mnie męczące prawie tak samo jak nieustanne powroty pierwotnych bohaterów z serii o Nefilim - Clary, Jace czy Magnus i Alec. Im więcej muszę o nich czytać, tym mocniej się do nich zniechęcam, a przecież autorce na pewno nie o to chodziło. Lektura nie pozostawiła mnie w całkowitym szoku, nie jestem tak podekscytowana jak byłam po pierwszym tomie, ale niewątpliwie czekam na kolejny, by poznać rozwój wydarzeń, nawet jeżeli te nie zawsze są spójne.
Czytaj więcej »
on sierpnia 16, 2020 0
Podziel się!

sierpnia 16, 2020

K.N. Haner - Zapomnij o mnie



Kiedy Marshall przyjechał do Nowego Jorku, żeby zacząć nowy rozdział w życiu, nie sądził, że szybko jego życie stanie się jeszcze bardziej skomplikowane. Poznanie pięknej współlokatorki Sary obudziło w nim pragnienia, które całkowicie zdominowały jego rzeczywistość. Marshall wkrótce zrozumie, że Sara to nie jest dziewczyna dla niego i że powinien trzymać się od niej z daleka, a to z każdym dniem jest coraz trudniejsze… 

Tytuł: Zapomnij o mnie  •  Autor: K.N. Haner  •  Strony: 378
Wydawnictwo Kobiece
            Zachęcona promocjami oraz naprawdę uroczą okładką zdecydowałam się na kupno tej konkretnej książki jako części hurtowego zamówienia. Początkowo nie byłam pewna czy chciałabym zacząć właśnie od tej konkretnej pozycji, ale kiedy przysiadłam do niej około szóstej wieczorem, nie byłam w stanie oderwać się aż do dwudziestej trzeciej, czyli aż do momentu, w którym nie zapoznałam się z ostatnią stroną. Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem pochłonęłam książkę w zaledwie jeden wieczór, ale nie żałuję i wiem, że czas spędzony w ten sposób nie był tym straconym, nawet jeżeli styl pisania K.N. Haner nijak ma się do tego, który by mi w pełni odpowiadał, tak samo zresztą, jak sam gatunek - New Adult nie przemawia do mnie tak mocno jak zwyczajna młodzieżówka czy coś zakrawającego o fantasy. Przed lekturą książka była mi znana jedynie jako nowość z opowieści znajomych, jednak teraz wiem, że twór na pewno trafi do grona moich ulubionych, mimo iż tak mocno odbiega od moich dotychczasowych upodobań literackich.

        Pierwsze strony dają nam możliwość poznania Marshalla - mężczyzna przed trzydziestką pojawił się w Nowym Jorku, aby rozpocząć zupełnie nowy etap w swoim życiu, z dala od rodzinnego Dallas oraz piętrzących się problemów związanych z trudną przeszłością. Dzięki uprzejmości znajomego z pracy - Asha - trafił on do mieszkania młodego, studiującego rodzeństwa - prostolinijnego Matta oraz jego tajemniczej, mającej obsesję na punkcie prywatności Sary. Początkowe dziwactwa i nietypowe zachowanie dziewczyny nie przeszkadzają bohaterom w nawiązaniu romansu, który - w mojej opinii - rozwinął się zdecydowanie za szybko jak na tej grubości książkę. Na szczęście autorka nie zamierzała zanudzić nas nieustannymi schadzkami nowych współlokatorów, dlatego też z każdą kolejną stroną oraz następnym rozdziałem Marshall miał okazję poznać nieco więcej szczegółów z życia dziewczyny. Trwający od kilku lat związek z Jace'm, który dla rodziców studentki był idealnym kandydatem na zięcia, wcale nie był tak doskonały, jak mogłoby się wydawać, zaś kiepska kondycja psychiczna Sary była nierozerwalnie związana z zależnością finansową rodziny od jej partnera, co doprowadziło do wielu desperackich decyzji, poświęceń i konieczności bycia posłuszną. Główny bohater, kierowany ciekawością, ale przede wszystkim pogłębiającymi się uczuciami do dziewczyny, stara się jej pomóc, jednak, jak sam zauważa, nie można tego zrobić względem kogoś, kto nie chce być uratowany i kto przyzwyczaił się do takiego sposobu życia. 

        Po serii niefortunnych zdarzeń, wielokrotnych zbliżeń, wielu tajemnic i kłamstw Marshall zdecydował się na opuszczenie studenckiego mieszkania. Schronienia udzielił mu niezastąpiony Ash, który wraz ze swoją żoną - Missy - również borykał się z wieloma problemami życia codziennego i małżeńskiego. I kiedy zdaje się, że jedynym stałym punktem w życiu mężczyzny jest praca, ratuje on z pożaru nieznajomą dziewczynę, z którą nawiązuje rozmowę w szpitalu, co w efekcie okazuje się być początkiem kolejnej obiecującej znajomości. Zniechęcony dotychczasowymi doświadczeniami z Nowego Jorku Shall trzymał Emily na dystans, jednak młoda, atrakcyjna, będąca całkowitym przeciwieństwem Sary studentka nie rezygnowała z walki o uczucia mężczyzny, nieświadoma tego, że dla niego nadal liczyła się jedynie dawna miłość. Niespodziewanie codzienność bohatera została przewrócona do góry nogami, zaś w życie uczuciowe wkradł się nieznany dotychczas chaos, który zmusił do wyboru między dziewczynami tak się od siebie różniącymi, ale jednocześnie tak bliskimi męskiemu sercu.  

         Jestem prawie pewna, że w tej krótkiej notce i tak nie poruszę wszystkich aspektów, na które zwróciłam uwagę podczas czytania, jednak postaram się wypunktować jak najwięcej z tego, co Haner nam oferuje. Po pierwsze są to niewątpliwie bohaterowie; mimo początkowego sceptycyzmu względem opowieści snutej przez Marshalla, polubienie tej postaci jest jedynie kwestią czasu. Prosty chłopak z pozornie normalnego domu, który ze względu na traumatyczne wydarzenia z przeszłości odciął się od swojej rodziny i spróbował życia na własną rękę w zupełnie nowym, obcym dla siebie miejscu. Czytamy o jego zamiłowaniu do motocykli, o umiejętnościach kulinarnych oraz pragnieniu znalezienia kogoś, kto nie spoglądałby na niego przez pryzmat wypadku sprzed lat. Nie jest to bohater z serii tych zamożnych, chodzących w dobrze skrojonych garniturach i mających grupę oddanych ludzi będących na każde jego skinienie, ale jednak wzbudza w czytelniku tak ogromne pokłady sympatii oraz współczucia, że nie istnieje możliwość ocenienia go w sposób negatywny. Niestety nie mogę tego powiedzieć o Sarze, która od samego początku nie wzbudziła we mnie żadnych ciepłych uczuć, nawet jeżeli zasługiwała na odrobinę wyrozumiałości. Autorka poprowadziła bohaterkę tak nieumiejętnie, że - po zapoznaniu się z profilem Marshalla - sama byłam tym zaskoczona. Nie mam pojęcia, jakim cudem można stworzyć postaci tak cholernie od siebie różne i zestawić je w jednej książce, gdy chodzi o odczucia czytelnika. Trudna przeszłość, skomplikowany związek, brak pomocy z czyjejkolwiek strony - to właśnie te czynniki determinowały zachowania oraz decyzje Sary, jednak to nadal nie były powody, dla których mogłabym ją polubić. Właściwie jestem zdania, że kobiece postaci w tym przypadku zupełnie nie wyszły. Emily, będąca całkowitym przeciwieństwem Sary, cechowała się przede wszystkim dobrocią, wyrozumiałością, dobrocią i ogromnymi pokładami zaufania względem drugiego człowieka. W przypadku tej konkretnej postaci Haner znów poszła odrobinę za daleko, robiąc z niej naiwną gówniarę, która ostatecznie prezentowała się jako będąca na każde skinienie Marshalla nastolatka. Z drugiej jednak strony nie spodziewałam się miłosnego trójkąta, którego rozwiązanie zostało załatwione ostatecznie, w efekcie czego mam pewność, że chociaż do tego konkretnego wątku autorka już nie powróci.

         Nowy Jork zdawał się być miejscem tak wymęczonym w poszczególnych książkach, że kolejna akcja rozgrywająca się w tym konkretnym mieście nie zapowiadała się zbyt zachęcająco. Autorka zrezygnowała jednak z obszernych opisów okolicy oraz miejsc znanych czytelnikom z wielu innych dzieł. Co więcej - skupiła się na najbliższym otoczeniu postaci, ich uczuciach oraz rozgrywanych wydarzeniach, dzięki czemu nie otrzymaliśmy kolejnego tasiemca z opisem nocnej panoramy Mahattanu. 

        Budowane przez Haner napięcie było raczej średnio przemyślane, jednak na tyle intrygujące, że po prostu chciało się jak najszybciej poznać dalsze losy postaci. Niestety - nie zabrakło również błędów logicznych ( lub może boli mnie brak wyjaśnienia pewnych kwestii ); najlepszym tego przykładem jest kilka ostatnich stron, kiedy z rozdziału poświęconego opowieści z perspektywy Sary możemy wyczytać, że swój prowadzony przez lata pamiętnik wysłała do starszego brata, zaś niedługo potem czytamy o tym, że notes wraz z listem został przesłany do Marshalla oraz związanych z pisownią niektórych wyrazów - niedopatrzenia pokroju zawszę albo po jedziemy nie są czymś, co na pierwszych stronach książki zachęca do dalszej lektury. Jeżeli jednak jakoś przetrwamy tych kilka  kartek to rozwój wydarzeń i przebieg fabuły w jakimś stopniu wynagradzają nam te drobne przeoczenia, w efekcie czego ciężko wyłapać kolejne błędy - albo ich tam nie ma, albo zwyczajnie nie zwracamy na nie zbyt dużej uwagi. Język jest prosty, sporo opisów, ale bez przesady, dzięki czemu płynnie przeplatają się one z nie zawsze sensownymi dialogami. Nigdy nie przepadałam za książkami w narracji pierwszoosobowej i moje stanowisko w tej sprawie raczej się nie zmieni, ale niewątpliwie ta konkretna należy do grona tych, dla których jestem w stanie zrobić wyjątek i zwyczajnie się przemęczyć, nawet jeżeli ciężko tu mówić o jakimkolwiek nakładzie sił podczas czytania. Lektura była przyjemna, lekka, może nieco niepotrzebnie rozciągnięta w czasie przez niektóre wydarzenia, ale całość oceniam jak najbardziej na plus. 

        Wbrew wszelkim pozorom oraz negatywnym aspektom wymienionym powyżej książka naprawdę mi się podobała. Może nie było to dzieło warte jakiejś literackiej nagrody, ale niewątpliwie nie żałuję wieczoru spędzonego z tego typu tworem. Zdecydowanie będę tęsknić za Marshallem, jego rozterkami oraz przyjaźnią, jaka narodziła się między nim, Ashem oraz Missy, ale jednocześnie cieszę się, że wydarzenia zostały definitywnie zamknięte, a zakończenie jest na tyle satysfakcjonujące, by z postaciami pożegnać się z uśmiechem na ustach. 


Czytaj więcej »
on sierpnia 16, 2020 0
Podziel się!
Strona główna
Subskrybuj: Komentarze (Atom)
  • O MNIE
  • WSPÓŁPRACA
  • KONTAKT

O mnie

Mieszkam razem z moją kochaną rodzinką w pięknej polskiej wsi. Miłe rzeczy, które sprawiają mi ogromną radość to: podróże - zarówno małe jak i duże, pielęgnowanie roślin w ogrodzie z płynnym przechodzeniem w fazę relaksu - zaprawionego filiżanką kawy oraz dobrą książką. Nie wyobrażam sobie życia bez Boga, którego obecność odczuwam na każdym kroku. Dlatego właśnie założyłam bloga - żeby kiedyś, gdy dopadnie mnie demencja nie zapomnieć o tym co lubiłam i kochałam:)

znajdziesz mnie tutaj

Szukaj na tym blogu

Popularne posty

  • Magdalena Stachera - Bez zobowiązań
    Katarzyna i Krzysztof są małżeństwem od dziesięciu lat, wspólnie wychowują córkę. Są świetnymi partnerami, ale ona czuje, że mą...
  • Monica James - Bad Saint
    „Bad Saint”, pierwszy tom trylogii Moniki James, uzależnia i przyspiesza bicie serca. Mroczna sieć zależności między ofiarą a p...
  • SIERPIEŃ Z DC: Gotham
                     To musiało się stać. ,,Gotham'' musiało znaleźć swoje miejsce na tym blogu i oto jesteśmy tutaj - w miesiącu c...

Archive

O NAS INSTAGRAM LUBIMY CZYTAĆ WATTPAD KONTAKT

About me

Zgłoś nadużycie

O mnie

Moje zdjęcie
Kobieca kawiarnia
Wyświetl mój pełny profil

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Łączna liczba wyświetleń

Advertisement

Responsive Advertisement

Strony

  • Strona główna
  • KSIĄŻKI
  • FILMY I SERIALE
  • URODA
  • PO GODZINACH

recent posts

Facebook

  • Home
  • About
  • Contact

Subscribe Us

  • Home
  • Features
  • _Multi DropDown
  • __DropDown 1
  • __DropDown 2
  • __DropDown 3
  • _ShortCodes
  • _SiteMap
  • _Error Page
  • Documentation
  • _Web Documentation
  • _Video Documentation
  • Download This Template

Popular Posts

Menu Footer Widget

  • Home
  • About
  • Contact Us

Social Plugin

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Ⓒ 2018 testtest. Design created with by: Brand & Blogger. All rights reserved.